poniedziałek, 16 maja 2016

Rozdział 6. "Pocałowałem ją tak, jakby świata miało nie być, bo miałem wrażenie, że jej się właśnie kończy."

   Mój bieg nie potrwał długo, zatrzymałam się i poczułam jak Justin, który za mną biegł nie zdążył się zatrzymać i jego ciało zderzyło się z moim.
   - Czym przyjechałeś? - zapytałam dysząc ciężko.
   - Samochodem, jest na parkingu obok szkoły.
   Zaczęłam biec w kierunku szkoły, na szczęście Justin zrobił to samo. Kiedy tylko dotarliśmy do samochodu ruszył z piskiem opon i teraz byłam mu naprawdę wdzięczna, za nieprzestrzeganie przepisów. Pokazywałam mu jak ma jechać i dotarliśmy tam w pięć minut. Zobaczyliśmy karetkę i zatrzymaliśmy się obok. Wypadłam z samochodu i wbiegłam pędem do kamienicy, przeskakiwałam po trzy schody o mało co nie wybijając sobie wszystkich zębów. Miałam wrażenie, że wszystko dzieję się obok mnie.
   Moja matka stała nad dwójką lekarzy reanimujących mojego ojca. Nie słyszałam co mówili, tak jakby wszystko było snem. Po chwili wyszli z ojcem na noszach. Matka złapała mnie za rękę i powiedziała, że pojedzie z nim. Nie pamiętam nawet, czy coś powiedziałam…
Stałam tam patrząc na drzwi jakąś godzinę… albo to było pięć minut. Sama nie wiem dlaczego byłam taka zszokowana, wiedziałam, że kiedyś to się stanie. Chyba po prostu nie przewidziałam, że to „kiedyś”, będzie dzisiaj.
   Stałabym tak dalej, gdybym nie poczuła dłoni na moim ramieniu. Zadrżałam pod wpływem jego dotyku. Zupełnie zapomniałam o jego obecności.
   - Leslie – szepnął mi do ucha. - Proszę, spójrz na mnie.

* z punktu widzenia Justina *

   - Leslie – szepnąłem jej do ucha. Nie chciałem jej denerwować. - Proszę, spójrz na mnie.
Szarpnęła się spychając moją rękę i stanęła do mnie przodem. Widziałem łzy próbujące wydostać się z jej oczu. Tak bardzo nie spodziewałem się tego widoku, że nie wiedziałem co zrobić.
   - Czego ode mnie chcesz Blaise? - W tamtym momencie, to że użyła mojego przezwiska wcale mi nie pomogło. Objęła się ramionami jakby było jej zimno. - To było to co chciałeś zobaczyć? Dlaczego, za każdym razem próbujesz za wszelką cenę dopiąć swojego? Psujesz wszystko co udało mi się zbudować… - Widać, że coraz bardziej się irytowała. - No powiedz! Odezwij się w końcu! Przyznaj, że właśnie do takiego stanu chciałeś mnie doprowadzić ty nadęty…
   Nie pozwoliłem jej dokończyć. Nie wiem co w tamtym momencie strzeliło mi do głowy. Po prostu przyciągnąłem ją do siebie, złapałem jej zapłakaną twarz w dłonie i pocałowałem ją tak, jakby świata miało nie być, bo miałem wrażenie, że jej się właśnie kończy. Nie wiedziałem tylko dlaczego mam ochotę go poskładać… Dla niej.
   Kiedy próbowała się ode mnie odsunąć, pozwoliłem jej na to tylko, żeby móc powiedzieć:
   - Proszę cię, nie rób tego. Nie odsuwaj się.
   Nie mogłem uwierzyć ale posłuchała mnie. Nie widziałem jej wyrazu twarzy bo cały czas miałem zamknięte oczy. Nie chciałem się do tego przyznać ale od dawna miałem ochotę zamknąć jej jadaczkę w taki właśnie sposób. Była irytująca, wkurzająca i… strasznie pociągająca. Nie mogłem nic na to poradzić, że czasami mam ochotę zerwać z niej ubranie na środku ulicy.
   Odsunęliśmy się od siebie i spojrzałem na nią, zastanawiając się co siedzi jej w głowie.
   - Chodź. - Wyciągnąłem rękę w jej stronę, a ona niepewnie podała mi swoją dłoń. - Znam miejsce, które poprawi ci trochę humor.
   Spojrzała na mnie zdziwiona, ale pozwoliła wyprowadzić się z tego domu. Zamknęła drzwi na klucz, a potem schowała go pod wycieraczką. Zaśmiałem się sam do siebie. Nie wiem, czy coś jeszcze mnie w niej zdziwi.

   Całą drogę siedziała z kolanami pod brodą. Patrzyła na ulicę i w ogóle się nie odzywała. Nie mogłem dłużej już tego znieść. Wolałem, żeby wydzierała się na mnie, wyzywała mnie i rzucała mi te swoje mordercze spojrzenia, niż to co widzę teraz.
   Wiedziałem, że nie mogę teraz pogarszać jej humoru, więc po prostu pogłośniłem piosenkę, która leciała w radiu. Oh Wonder – Drive, ta piosenka była smutna ale i jednocześnie widziałem, że Leslie się uśmiecha. Skoro nie psuła jej bardziej nastroju, to mogę ją zostawić.
   Byliśmy już prawie na miejscu, zaparkowałem samochód na parkingu obok plaży i wysiadłem z samochodu od razu kierując się do drzwi po drugiej stronie. Nawet nie drgnęła kiedy otworzyłem jej drzwi.
   - Jeśli nie wysiądziesz to sam cię wyciągnę – zaśmiałem się, żeby chociaż trochę rozładować atmosferę. Na pół sekundy mi się udało bo jej prawy kącik ust leciutko drgnął.
   Odpięła pas i wysiadła z samochodu stając obok mnie. Zamknąłem moje cudeńko i ruszyłem w kierunku naszego celu. Kiedy byliśmy już na miejscu, w końcu się odezwała.
   - Mówiłeś, że w trakcie poważnych rozmów, je się poważne żarcie, czyli Tacos. To znaczy, że teraz też będziemy poważnie rozmawiać? - zapytała, cały czas patrząc na budkę z jedzeniem.
   - Nie – zaśmiałem się. - Po prostu nie zawsze jestem dupkiem i pomyślałem, że chętnie coś zjesz.
   Wiedziałem, że mi nie ufa i w sumie jej się nie dziwiłem. Naprawdę chciałem być miły. Chciałem, żeby poczuła się lepiej.
   - Nie wzięłam torby – odparła cierpko.
   - I co z tego? - zapytałem, chociaż wiedziałem już co ma na myśli.
   - Nie mam pieniędzy…
   Wyciągnąłem kupkę banknotów z kieszeni i pokazałem jej.
   - Nie obchodzą mnie twoje pieniądze, ja cię tu zabrałem i ja zapłacę.
   Kiedy już kupiliśmy jedzenie, usiedliśmy na murku tak jak ostatnio. Dzięki temu widzieliśmy całą plażę i słońce chowające się powoli za oceanem. Leslie patrzyła gdzieś w przestrzeń. Teraz patrząc w jej oczy pierwszy raz zobaczyłem małą, zagubioną dziewczynkę. Jadła powoli, przeżuwając dokładnie każdy kęs. Myślała pewnie o ojcu, a ja nie wiedziałem co o tym myśleć. W jej domu na wejściu dało się wyczuć wódkę, zastanawiam się jak jest u niej w pokoju. Byłem strasznie ciekawy co ona jeszcze ukrywa.
   - Dlaczego to robisz? - zapytała cicho. Przez chwilę miałem wrażenie, że tylko wydawało mi się, że coś mówiła ale kiedy na mnie spojrzała, wiedziałem, że naprawdę się odezwała.
   - Co masz na myśli? Przecież niczego teraz nie zrobiłem.
   Nie wiedziałem co ma na myśli, przecież nie zachowywałem się jak dupek. Starłem się otwierać gębę tylko wtedy, kiedy to konieczne.
   -
Nie – zaprzeczyła, potrząsając głową. - Chodzi mi o to dlaczego za mną poszedłeś? Dlaczego zabrałeś mnie tutaj? Spodziewałam się czegoś innego…
   - Czego? - zapytałem głupio, wpatrując się w to jak powoli je Tacos.
   - Nie wiem. Pewnie, czegoś w stylu Justina Biebera? - zapytała jakby samą siebie. I cóż miała rację i nie mogłem temu zaprzeczyć. Nagle byłem dla niej miły, a to zdarzało się naprawdę rzadko, odkąd się poznaliśmy.
   - Nie mam ochoty się dzisiaj kłócić – odparłem. - Jedz. - Wskazałem palcem na końcówkę jej Tacos, a ona się uśmiechnęła.
   - Dobrze, tato – zaśmiała się.
   - Dla ciebie Panie tato – parsknąłem.
   W momencie posmutniała, uzmysłowiłem sobie, że sama weszła na delikatny temat.
   - Nie martw się. - Trąciłem ją ramieniem, żeby wydobyć z niej jakąś reakcję.
   - Nie martwię, sama nie wiem, co mam o tym myśleć.
   Siedzieliśmy w ciszy jeszcze długą chwilę. Sam czułem się jak zagubione dziecko, nie do końca wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Zgarnąłem włosy do tyłu i spojrzałem na nią.
   - Obiecaj mi, że nie powiesz nikomu o tym co się stało – szepnęła również mi się przypatrując.
   Spoglądając w jej niebieskie tęczówki, nie miałem wyjścia jak po prostu odpowiedzieć krótkie:
   - Obiecuje.

* z punktu widzenia Leslie *

   Po godzinie, gdy słońce zdążyło się ukryć przed tym przed, czym ja nie zdołam, poprosiłam Justina, żeby zawiózł mnie do domu. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział gdzie mieszkam, jednak coraz trudniej trzymać mi wszystko w ukryciu przed Justinem.
   Przez to całe zamieszanie nie powiedziałam mu nic o Jordanie. Tak naprawdę to nie miałam mu co powiedzieć. Pomijając imię, nie zdradził mi na temat Justina nic więcej. Mam nadzieję, że jak wróci do miasta, będziemy mogli się spotkać…
   - Leslie? - usłyszałam głos po mojej lewej stronie. - Już jesteśmy. - Justin odparł cierpko i odwrócił się w moją stronę. Byłam tak zamyślona, że nie odezwałam się całą drogę, ani słowem.
   Otworzyłam drzwi i wytoczyłam się z auta resztkami sił. Zniżyłam się trochę, żeby spojrzeć mu w twarz.
   - Dziękuję – rzuciłam.
   - Za co? - zapytał wychylając się, żeby lepiej mnie widzieć. Moje kąciki lekko drgnęły ku górze, gdy pomyślałam o tym jak mnie pocałował.
   - Za Tacos. - Wystawiłam mu język, uśmiechnęłam się i trzasnęłam drzwiami pasażera, tak jakby mój ojciec nie umierał teraz w szpitalu. Starałam się utrzymać dzisiaj moją maskę wrednej suki. Niestety przez to, że wszystko stało się tak nagle… Sytuacja z Masonem, kłótnia z Justinem, telefon od matki, ojciec. Nie wiedziałam co robić i emocje mi puściły. Było mi wstyd, że widział mnie w takim stanie, że widział jak płaczę. Miałam nadzieję, że cała ta sytuacja zostanie pomiędzy nami. Gdyby ktoś w szkole się o tym dowiedział byłabym skończona. Morgan i Bethany na pewno by to wykorzystały.
   Usłyszałam szczęk kluczy w drzwiach i spojrzałam na zegarek. Jest już po jedenastej.
   - I co? - zapytałam, starając się wyglądać jakby to nie było nic istotnego. Jednak mój szybki krok mnie zdradził.
   - Żyję… - odetchnęła i rzuciła klucze na szafkę w korytarzu. - Będzie musiał tam zostać dopóki się nie wybudzi.
   Po tym zrozumiałam wszystko, ojciec musi być w śpiączce. Raczej więcej na ten czas się od niej nie dowiem. Matka potarła zmęczoną twarz i ruszyła do kuchni. Pewnie teraz się najebie na jego cześć. Prychnęłam tylko i wróciłam do swojego pokoju. Gdy już zmyłam resztki makijażu i wzięłam prysznic schowałam się pod kołdrę. Podłączyłam słuchawki do mojego telefonu i puściłam muzykę. Leciało akurat Cry Baby – Melanie Martinez. Przytłaczało mnie to jak bardzo ta piosenka mówi o mnie.

     You try to explain
     But before you can start
     Those cry baby tears
     Come out of the dark

     Someone's turning the handle
     To that faucet in your eyes
     They're pouring out
     Where everyone can see them*

   Śpiewałam cicho, starając się nie być za głośno. Każde słowo trafiało do mnie z podwojoną siłą.   Uwielbiałam tą piosenkę ale do dzisiejszego dnia nie skupiałam się na tekście. Byłam teraz jak taka beksa, której łzy wypływają na zewnątrz i każdy może je zobaczyć. Nie chciałam taka być, musiałam być silna.
   Parę łez spłynęło mi po policzku, a ja już w myślach zaczęłam wyzywać się od najgorszych. Przecież od zawsze nam mówili, że nie można płakać. Płakanie było dla osób słabych, a ja na pewno taka nie byłam. Zresztą dlaczego miałabym opłakiwać kogoś, kto prawdopodobnie nie pamięta jak mam na imię? Zamknęłam oczy i chcąc wymazać obraz całującego mnie Justina próbowałam zasnąć.

   Widząc swoją opuchniętą twarz rano, nałożyłam podwójny makijaż. Mam nadzieję, że mnie nie złapią obrońcy praw zwierząt, bo dzisiaj naprawdę wyglądałam jak panda… Zjadłam kanapkę na śniadanie co było dla mnie nie lada wyczynem. Jest sobota, a ja dzisiaj będę leżeć w domu i patrzeć w sufit, reasumując świetny plan.
   Przez cały weekend nie dostałyśmy większych wieści na temat ojca. Matka, gdy rano trzeźwiała sama go odwiedzała. Nie chciałam go widzieć, starczała mi informacja, że żyje.
   Może i byłam okropną córką ale on też był koszmarnym ojcem. Nie do końca wiedziałam co czuję. Nie było mi przykro, byłam bardziej wstrząśnięta samym faktem. Wiedziałam, że to dopiero początek tego co chcę przynieść mi życie. Jak dotąd nie było zbyt wesoło, więc nie spodziewam się cudów…
Wieczorem w niedziele zadzwoniła do mnie Mich. Nie brzmiała zbyt pozytywnie, a gdy zapytałam, czy coś się stało, zmieniała temat. Postanowiłam, że nie będę na nią naciskać, ale zapytam o to znowu w szkole.
   Jak w każdy poniedziałkowy poranek podniesienie się z łóżka stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie. Wyciągnęłam jednego papierosa z paczki, którą wczoraj kupiłam i stając obok okna, mocno się zaciągnęłam. To był mój jedyny ratunek, żeby jakoś przetrwać kolejne dni...

   - Siema – rzuciłam, wyrzucając peta na ziemię przygniatając go butem. Od godziny paliłam już trzeciego papierosa.
   - Siemka, poczęstujesz nas? - zapytała Mich uśmiechając się jak to ona.
  Wyciągnęłam paczkę w jej kierunku i wyciągnęła jednego. Skierowałam rękę w kierunku chłopaków i oni też wyciągnęli po jednym. Starałam się nie patrzeć na Masona za wszelką cenę.    Musiałam naprawić tą sytuację ale teraz nie miałam ochoty na konfrontację z nim. To by było za dużo jak na tak krótki czas.
   Kiedy skończyliśmy palić i ruszyliśmy do budynku szkoły Justin przytrzymał mnie dyskretnie za rękaw koszulki i szepnął:
   - Naprawię to.
   Spojrzałam na niego zdezorientowana, a ten pochylił się do mnie jeszcze raz.
   - Sytuację z Masonem.
   Kiwnęłam tylko głową na zgodę. Wątpiłam, że wszystko nagle będzie dobrze. Pewnie pomyślał, że jestem jakąś cnotką niewydymką albo, że mi się nie podoba. Chociaż to facet, nie wiadomo co on może pomyśleć.
   Westchnęłam tylko na samą myśl, że Justin może to spieprzyć jeszcze bardziej.

* z punktu widzenia Justina *

   Nie wiedziałem jeszcze, kurwa jak ale musiałem naprawić relację tej łajzy z Leslie. Życie to istna patologia, najpierw ją całuję, a potem muszę ją godzić z moim kumplem…
   Szliśmy na kolejną lekcję, a gdy zobaczyłem rude włosy obok mnie i usłyszałem piskliwy głos Morgan przeszły mnie ciarki.
   - Hej, Blaise! Co tam kociaku? - zapytała, odsłaniając już i tak wielki dekolt.
   - Świetnie, dzięki, że pytasz kociaku – parsknąłem i ignorując ją udałem się dalej za Masonem.
   - Ej stary musimy pogadać – rzuciłem i pociągnąłem go w jeden z mniej zaludnionych korytarzy.
   Potarłem dłonią o dłoń tak jakbym miał się rozgrzać i wziąłem głęboki oddech. Nie mam pojęcia jak zacząć.
   - Jak tam z Leslie? - zapytałem, rozpoczynając w najgorszy możliwy sposób.
   Ten tylko skrzywił się trochę i wzruszył ramionami.
   - Właściwie to srak. Ostatnio prawie bym ją zaliczył, a ona uciekła mi sprzed nosa. Serio, laska nie ma pojęcia co straciła – westchnął i przewrócił oczami, uśmiechając się przy tym chytrze.
   - Rozumiem, że następna do kolekcji? - zapytałem śmiejąc się ale wewnętrznie chciałem go zabić jeśli jego odpowiedź będzie twierdząca.
   - Może następnym razem uda mi się ją zaliczyć, zobaczymy. Zresztą mówiła ci coś?
   Spojrzałem na niego i pomyślałem, że mam ochotę go zajebać. Kurwa, czy on nie wie co to solidarność? Chociaż w małym stopniu.
   - Tak mówiła – odparłem. - Powiedziała mi, że wcale jej się już tak nie podobasz, czy coś takiego. Wiesz jak to dziewczyny.
   Wyglądał na zdziwionego ale nie specjalnie zranionego. Miał za duże ego. Dobrze wiedział jak wygląda. Odkąd chodzimy tutaj do szkoły każda laska próbuje zwrócić naszą uwagę. Rozpinając bardziej bluzkę lub wypinając się jak nienormalna, sięgając po długopis, który ponoć przez przypadek jej upadł. To było dość zabawne naprawdę, niech Mason robi z tymi laskami co chce ale kurwa z Leslie i Mich trzymaliśmy się od początku roku.
   - Dzięki stary, że mi o tym powiedziałeś. - Poklepał mnie po plecach. - Tak to dalej bym się za nią uganiał – parsknął śmiechem i pociągnął mnie w stronę klasy.
   Nie miałem poczucia winy, że go okłamałem. Leslie powinna mi być wdzięczna.

* z punktu widzenia Leslie *

   Dzisiaj lekcję dłużyły się w nieskończoność, żeby tego było mało zapowiedzieli nam dwa sprawdziany. Po prostu cudownie… Wzięłam podręczniki z szafki, których będę potrzebować, żeby chociaż poudawać, że się uczę. Chwyciłam torbę z podłogi i poszłam na stołówkę. Usiadłam obok Mich, a na przeciwko nas po chwili usiadł Justin.
   - Gdzie jest Mason? - zapytała Mich grzebiąc widelcem w swojej sałatce. Muszę z nią koniecznie pogadać.
   - Wyrywa jakąś kizie. - Wskazał głową na jeden ze stolików po naszej prawej stronie, a moja głowa automatycznie się uniosła.
   Nie mogłam w to uwierzyć. Siedział na blacie stolika, pochylając się ku jakiejś chichoczącej brunetce. Naprawdę? Już? Jaki chuj.
   Mich o dziwo nie była zbytnio zdziwiona, tylko spojrzała na mnie współczująco. Chwyciła moją dłoń pod stołem, a Justin patrzył na nas spod przymrużonych powiek. Uśmiechnęłam się tylko do nich i wzruszyłam ramionami. Musiałam pogadać z blondasem, przecież dzisiaj powiedział, że to naprawi.
   Najgorsze w tym wszystkim było to, że ludzie patrzyli na mnie wzrokiem mówiącym: „O patrzcie ktoś ukradł naszej Leslie chłoptasia”. Zajebiście.
   Dzisiejszego dnia, Mason już się do nas nie dosiadł, co wcale mnie nie zdziwiło. Starałam się ignorować rodzącą się myśl w mojej głowie, że znowu ktoś mnie zastępuję i znowu jestem gorsza od wszystkich. Przecież, t y taka nie jesteś Leslie Bennet! Weź się w garść! - skarciłam się w myślach i cicho westchnęłam do siebie.
   Po lekcjach pożegnałyśmy się z chłopakami i zostałyśmy same przed szkołą.
   - Na pewno wszystko w porządku Mich? - zapytałam na tyle cicho, żeby nikt nic nie usłyszał. Wiem, że nie jestem najlepszą przyjaciółką na świecie ale możesz mi powiedzieć.
   O dziwo naprawdę chciałam jej pomóc. Ona jako jedyna się mną interesowała, mogłam jej się zawsze odwdzięczyć.
   Założyła swoje kasztanowe włosy za ucho i spojrzała na mnie unosząc oczy bo była ode mnie niższa o dziesięć centymetrów.
   - Tak wszystko okay. Zadzwonię do ciebie dzisiaj wieczorem, dobrze? - zapytała i uśmiechnęła się nieszczerze.
   - Jasne, dobrze wiesz, że możesz dzwonić kiedy chcesz – odparłam i przytuliłam ją. Gdy już się pożegnałyśmy rozeszłyśmy się do domu.
   Dzisiaj po szkole nie mieliśmy nic w planach bo jutro ja i Mich idziemy na wieczorny mecz chłopaków. Oni dzisiaj mają trening, więc jakakolwiek impreza odpada. Nadrobimy zapewne w weekend.

   Po drodze do domu kupiłam sobie kebaba, zostało mi tyle pieniędzy, że mogłam sobie na to pozwolić. Kiedy wzięłam pierwszy kęs, przyłapałam się na tym, że pomyślałam, że Tacos jest o wiele lepsze. Ignorując moje chore myśli, weszłam do domu i wyciągnęłam książki. W sumie i tak nie miałam lepszych rzeczy do roboty. Jedyny telewizor w domu jest w salonie, a nie bardzo chcę tam siedzieć. Wolę swoją przestrzeń.
   Wyciągnęłam pierwszą lepszą kopertę z szuflady i napisałam na niej „LAPTOP/TELEFON”. Miałam nadzieję, że uzbieram na jedno albo drugie do ukończenia osiemnastki. Schowałam kopertę do szafki nocnej i otworzyłam książkę z biologii.
   Na moje szczęście wieczorem zadzwoniła Mich, tak jak mi to obiecała w szkole. Uśmiechnęłam się do telefonu i przejechałam palcem po ekranie.
   - No siemka – powiedziałam do telefonu, opierając się o wezgłowie łóżka.
   - Hej – odparła flegmatycznie. - Musimy pogadać… - Niepewność w jej głosie zaczęła mnie lekko przerażać. - Ale nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby gadać o tym przez telefon… Możemy spotkać się w centrum, w Starbucksie za pół godziny?
   - Pewnie, to do zobaczenia – odpowiedziałam, rozłączyłam się i zaczęłam ogarniać się do wyjścia. Byłam trochę przerażona tym co może mi powiedzieć.
   Na miejsce dotarłam przed Mich, więc zajęłam nam stolik przy oknie w samym rogu sali, żebyśmy mogły swobodnie porozmawiać. Michaela weszła po pięciu minutach pomachała mi i pokazała ręką, że idzie jeszcze zamówić sobie kawę. Po chwili wróciła z kubkiem, prawdopodobnie latte, w ręce.     Westchnęła opadając na krzesło. Miała włosy związane w kucyk co było rzadkością.
   - Nie wiem od czego zacząć Les – rzuciła. - Sama widziałaś jak dzisiaj zachowywał się Mason. - Spojrzała na już prawie niewidoczne słońce na horyzoncie i objęła kubek obiema dłońmi. - Dzisiaj, w każdy możliwym momencie się do mnie przystawiał. Na korytarzu złapał mnie i pocałował, nie miałam pojęcia co robić. Odepchnęłam go i powiedziałam mu, że przecież on już kręci z tobą. On tylko się zaśmiał i powiedział, że to skończony temat.
   Moją pierwszą myślą oprócz „Ale z niego skończony kretyn”, było jeszcze „Widzisz Leslie następny do kolekcji tych, którzy uważają, że jesteś do dupy”. Zirytowało mnie to. Nie tylko przez sam fakt, że już zarywa do innych lasek ale to, że miesza do tego Mich. Dobrze wie, że się przyjaźnimy. Do czego on kurwa zmierza?
   - Leslie? - zapytała, wyrywając mnie z zamyśleń.
   - Przepraszam, po prostu nie mam pojęcia do czego ten dupek zmierza…
   - Pokłóciliście się ostatnio albo coś? - zapytała ostrożnie.
   Nie odpowiedziałam jej. Co miałam jej powiedzieć? Będzie wściekła, że założyłam się z Justinem o takie coś. Kurwa, trudno. Raz kozie śmierć.
   - Założyłam się z Justinem o to, że prześpię się z Masonem… - przyznałam się.
   Ona tylko rozdziawiła usta i otworzyła szeroko oczy.
   - Że co?! Rozumiem, że tego nie zrobiłaś... i co teraz?
   Wytłumaczyłam jej całą sytuację, opowiedziałam o tym, że Justin chciał się dowiedzieć o czym gadałam z Jordanem i o tym, że jak przegra miał mi dać pieniądze.
   - W sumie jest jeszcze jedna rzecz, którą muszę ci powiedzieć. Masz prawo być na mnie zła ale widziałam się w piątek z Justinem.
   Przymrużyła oczy ale nie zaczęła się na mnie drzeć to dobry znak.
   - I? - zapytała podejrzliwie.
   - I zadzwoniła moja matka, mój ojciec trafił do szpitala, no ale nieważne. - Powiedziałam jakby to nie miało żadnego znaczenia. - Zawiózł mnie do domu i…
   Spojrzała na mnie wyczekująco.
   - Po prostu odwiózł mnie i potem karetka zabrała mojego ojca.
   - Strasznie mi przykro Leslie. Nie musisz się obwiniać, że Justin cię odwiózł. Może dzięki niemu twój ojciec nadal żyje – odparła cierpko, jakby sama siebie chciała o tym przekonać. Słyszałam w jej głosie prawdziwe współczucie ale kiedy położyła dłoń na mojej, szybko ją wysunęłam i uśmiechnęłam się. Nie mogłam jej jeszcze powiedzieć, że Justin mnie pocałował. Nie będę psuć ich relacji. To i tak nigdy więcej się nie powtórzy.
   - Wszystko w porządku naprawdę. Nie wiem co mam myśleć o Masonie – żachnęłam. - Skończony z niego dupek.
   Mich zaśmiała się tylko i pokiwała twierdząco głową.
   - Olej go! Jutro idziemy na mecz i tam na pewno znajdziesz jakieś ciasteczko – pisnęła entuzjastycznie i klasnęła w dłonie.
   Uśmiechnęłam się szeroko, uwielbiałam to w niej. W jednej chwili potrafiła pić i ćpać, a potem nagle klaskała w dłonie jak mała dziewczynka. Drugiego takiego wybryku natury nie znajdę – zaśmiałam się w myślach.
   - Wyruszam na łowy – zaśmiałam się z nią i ukradłam jej kubek z kawą, pociągając długi łyk.

   - Już nie mogę się doczekać – zaświergotała Mich i mocniej chwyciła mnie za dłoń.
   Obie miałyśmy na sobie długie cardigany, bo mecz rozpoczynał się punkt osiemnasta, a już o tej porze było wystarczająco zimno. Jest już końcówka października, więc teraz nie będzie już cieplej.
   - Rozumiem, że liczysz na to, że ściągną koszulki? - zapytałam ciągnąc ją za rękę na trybuny.
   - Na meczu raczej nie ściągną – zasmuciła się, a ja parsknęłam śmiechem.
   - Zapytaj Justina po meczu, czy może nie zrobi ci striptizu.
   Przestałam się z niej nabijać bo mecz miał się za chwilę zacząć. Patrzyłyśmy jak kopią piłkę jeden do drugiego. W połowie meczu był remis, razem z Mich trzymałyśmy kciuki, żeby udało im się wygrać. Piszczałyśmy i śmiałyśmy się na zmianę. W ostatniej minucie meczu, Justin rzucił się do przodu i jednym celnym strzałem posłał piłkę do bramki.
   Zaczęłyśmy z Mich wrzeszczeć i skakać ze szczęścia, nie zważając na to, że prawdopodobnie wyglądamy jak idiotki.
   Gdy ludzie się trochę rozeszli, poszłyśmy pod szatnie chłopaków.
   - Pogadasz z nim dzisiaj? - zapytała Mich wskazując głową drzwi.
   - Nie mam wyboru – westchnęłam i oparłam głowę o ścianę.
   Wczoraj w kawiarni stwierdziłyśmy, że dzisiaj po meczu muszę pogadać z Justinem o Masonie. Ciężko było mi unikać tego tematu z flirtującym kutasem po lewej i podejrzanym Blaise'em po prawej.
   Kiedy w końcu drzwi szatni się otworzyły Mich rzuciła się na Justina, wieszając się mu na szyję. Zobaczyłam jak całuję go w usta i kiedy blondas spojrzał na mnie z przymrużonych powiek, odwróciłam wzrok. Mason stał obok mnie i patrzył na moją reakcję.
   - Niezły mecz – rzuciłam do niego. - Świetnie graliście.
   Mason uśmiechnął się pod nosem i objął mnie ramieniem jak kumpla z drużyny. Super, jest coraz ciekawiej.
   - Staram się, Kwiatuszku.
   - Kwiatuszku? - parsknęłam zdejmując jego rękę z ramion.
   Zignorowałam jego urażoną minę i ruszyłam do przodu. Dzisiaj szliśmy do pubu parę przecznic od szkoły. Stwierdziliśmy, że opijemy wygraną.
   Gdy już tam dostaliśmy, wybraliśmy lożę i rozsiedliśmy się na kanapie. Zamówiliśmy litr wódki. Nikt tutaj nie sprawdzał dokumentów, dlatego też tak dużo ludzi tutaj przychodzi. Na wejście wypiłam dwa kieliszki czystej, musiałam się jakoś przygotować na tą rozmowę. Kiedy już wydawało mi się, że jestem gotowa odezwałam się:
   - Justin idziesz zapalić? - zapytałam, patrząc porozumiewawczo na Mich. Ona wypchnęła go z loży, żeby ruszył tyłek.
   - Jasne – parsknął, patrząc z rozbawieniem na Mich, która używa bicepsów, których nie ma.
   Nagle Mason podniósł się z miejsca i o mało co nie popsuł mojego planu.
   - Pójdę z wami.
   - O nie, nie, nie – zatrzymała go Mich. - Idziesz ze mną zatańczyć. - Uśmiechnęła się do niego kokieteryjnie i pociągnęła go na parkiet.
   Zaśmialiśmy się i wyszliśmy z klubu. Wyciągnął fajki i podał mi jedną od razu ją odpalając.
   - Dzięki – odparłam i mocno się zaciągnęłam. - Gadałeś z Masonem?
   Justin zastygł z papierosem przy ustach. Wyglądał tak strasznie seksownie ale nie mogłam o tym teraz myśleć. Uśmiechnął się pod nosem i wzruszył ramionami.
   - No może i gadałem…
   - Co ci powiedział? - zapytałam zirytowana jego dziwnym zachowaniem.
   - Że nie dałaś mu się zerżnąć – parsknął, dmuchając mi dymem w twarz.
   - Jesteś skończonym dupkiem – warknęłam.
   Miałam już odejść ale złapał mnie za ramię.
   - Nie rozumiesz? - zapytał tak jakby to była moja wina. - Chciał cię tylko zaliczyć nic więcej.
   Spojrzałam na niego i wiedziałam, że coś mi nie gra.
   - Co ty mu powiedziałeś? - Kiedy nic nie odpowiedział, zaczęło się we mnie gotować. - Justin, kurwa mów mi co mu powiedziałeś!
   - Powiedziałem, że masz na niego wyjebane i tyle! Jak chcesz to mogę tam wrócić i powiedzieć mu, że chętnie dasz mu teraz dupy.
   - Miałeś poprawić nasze relacje, a nie je do końca spieprzyć! - Popchnęłam go, opierając obie dłonie na jego klatce piersiowej. Praktycznie nie drgnął. - Czego ty ode mnie chcesz? - warknęłam.
   - Uspokój się Leslie i tyle.
   - I tyle? - zapytałam kpiącym głosem. - To wszystko przez ciebie! I ten twój durny zakład. Mam tego dość rozumiesz? Ciebie i tych twoich gierek. Zresztą nie chcesz, żeby twój kumpel zaliczył? – zapytałam kpiąco.
   - Co ty kurwa bredzisz – wycedził przez zęby i chwycił moje ręce mocniej za nadgarstki. Coraz bardziej się irytował i widziałam w jego oczach narastający gniew. To była czysta dzikość. Jego palce tak mocno zacisnęły się na moich rękach, że aż zaskomlałam z bólu.
   - Justin – jęknęłam. - Proszę cię puść mnie.
   Nagle jakby wybudzając się z transu, odskoczył ode mnie.
   - Leslie, prze…
   - Nie zbliżaj się do mnie – przerwałam mu. - Przeproś ode mnie Mich – rzuciłam i pobiegłam ile siły w nogach. Nie chciałam go już widzieć, nie chciałam widzieć już kogokolwiek. Nienawidzę go, po prostu go nienawidzę. Obraz zasłoniły mi łzy zbierające się w moich oczach. Było na tyle późno, że było słychać tylko odgłos moich trampek uderzających o chodnik.
   Zatrzymałam się i spojrzałam za siebie. Na szczęście za mną nie biegł. Oparłam ręce o uda i dyszałam ciężko, zmęczona biegiem. Kiedy już chwilę odpoczęłam, otarłam łzy i ruszyłam dalej. Nie zrobiłam może dwóch kroków, gdy poczułam rękę na moich ustach.
   Zaczęłam panicznie wierzgać nogami i krzyczeć, próbując ugryźć napastnika w rękę. Nic z tego, był zbyt silny. Po chwili rozluźnił uścisk i obrócił mnie do siebie.
   - Jordan?!
* Próbujesz to wyjaśnić
   Ale zanim zdążysz zacząć
   Te dziecięce łzy
   Wyłaniają się z ciemności
   Ktoś odkręca
   Korek w twoich oczach
   Wypływają na zewnątrz
   Gdzie każdy może je zobaczyć

Fragment piosenki "Cry Baby" - Melanie Martinez 
________
   Tak wiem, rozdziału nie było lata świetlne za co baaaardzo Was przepraszam. Egzaminy gimnazjalne i prywatne sprawy trochę zbiły mnie z pantałyku... Mam nadzieję, że ktoś z Was tu jeszcze został. :)
   Ten rozdział jest dość inny... Tak mi się, w każdym razie wydaję. Piszcie w komentarzach swoje odczucia a propos Blaise'a i całej tej sprawy. Mam nadzieję, że Was nie zanudzam.
   Przepraszam za wszelkie błędy! Dziękuję jeśli przeczytałeś tą notkę pod rozdziałem!
   PS. Przepraszam Was jeszcze raz za to, że tak długo mnie nie było... 
Sassy

















2 komentarze:

  1. Super! W końcu coś zaczyna się dziać między Justinem a Leslie:) ten pocałunek był słodki, chyba każdy chciałby być tak zatykany! Jestem ciekawa następnego rozdziału i kim jest ten Jordan?! Mój Boże, zjawił się narobił szumu i zniknął. A teraz znowu. Who the fuck is Jordan?! XD/Klaudia

    OdpowiedzUsuń
  2. http://people-change-jb.blogspot.com/
    Staję znów w tym samym miejscu. Słyszę znów tą samą głośną muzykę, która znów dudni w moim ciele. Znów oddycham głęboko przez lekko otwarte usta. Znów robię to, co zwykle robię.
    Tym razem… tylko dla niego.
    Zapraszam do siebie i przepraszam za spam :)

    OdpowiedzUsuń